Witam serdecznie na moim blogu, w którym opisuję dlaczego i w jaki                                sposób można odmienić swoje życie zmieniając sposób odżywiania             

Beata Kałużna - autorka Bloga
środa, Sierpień 2, 2017, 21:44

 

Moje 30 dni.

Moja decyzja była szybka i radykalna. Gdy natrafiłam w internecie na informację, że 80 procent chorych na Hashimoto ma nietolerancje glutenu i laktozy to mnie zastanowiło. Czy ja znajduje się w tych 20 proc.? Mało prawdopodobne. Ale co to oznacza. Pierwsza myśl - nie będę mogła jeść chleba, pierogów, ciasta, naleśników ( tych mi było najmniej szkoda). Ale uświadomienie sobie, że nie będę mogła jeść makaronu dopiero zwaliło mnie z nóg. Dosłownie gdy to pomyślałam to serce zaczęło mi bić szybciej. Po prostu się zdenerwowałam. Dziś to brzmi śmiesznie, ale tak było.

Kochałam makaron. Gdy gotowałam paczkę makaronu dla mojej rodziny połowę paczki zjadałam sama. Spagetti, zapiekanki makaronowe, lazanie to były moje ulubione dania. Potem przeczytałam, że podobno to co najbardziej lubimy to najbardziej nam szkodzi. Przykre ale u mnie okazało się prawdziwe.

Decyzja o odstawieniu glutenu była więc bardzo trudna, ale zdecydowałam się. Postanowiłam zacząć od razu i pomyślałam, że spróbuję odstawić gluten, nabiał i cukier jednocześnie tylko na jakiś czas i zobaczę jaki będzie efekt. Zaraz też zaczęłam szukać książek na ten temat i od razu trafiłam na moją ulubioną książkę o której pisałam w poprzednich wpisach. Po jej przeczytaniu zaczęła się moja wędrówka do lepszego samopoczucia.

Co było najtrudniejsze na początku?

Wymyślanie co będę jadła dzisiaj. To nie było łatwe. Zanim poznałam nowe potrawy i spróbowałam nowych przepisów znalezionych na blogach, musiałam szybko coś wymyślić. Najpierw więc jadłam na śniadanie to co dotychczas, tylko bez chleba. Na przykład zamiast kanapki z szynką i pomidorem kładłam na talerzyk pomidora i kilka plasterków szynki. Ponieważ wiedziałam, że nie mogę być głodna po posiłku to dokładałam warzyw: a to sałatka z dwóch pomidorów, cebulki i sosu winegret albo utarta marchewka ( duża ilość) albo buraczki albo jakaś inna sałatka, gotowany kalafior lub fasolka szparagowa. Z czasem zamiast szynki zaczęłam jeść kawałek mięsa, który został z obiadu z poprzedniego dnia albo własnoręcznie robiony pasztet, biała kiełbaska czy galaretka z mięsem. Często robiłam dania jajeczne ale po jakimś czasie zorientowałam się, że po jajkach mam jakieś nudności. Musiałam z nich zrezygnować co ograniczyło moją listę śniadaniową. Obiady w sumie były podobne do tych co kiedyś. Mięso, ziemniaki, surówka. Tylko schabowe przestałam jeść. Na początku próbowałam panierować w innych mąkach lub płatkach kukurydzianych ale niezbyt mi to pasowało. Teraz wolę usmażyć kotleta bez panierki. Nie tęsknię do schabowych bo stwierdziłam, że tyle w życiu już ich zjadłam, że mi się znudziły.

Kiedy odczułam pierwsze efekty zmiany odżywiania?

Właściwie już po tygodniu wiedziałam, że to była świetna decyzja. Przestałam opadać z sił po każdym posiłku. Miałam więcej energii, no i zaczęłam chudnąć. Im dłużej tym coraz lepiej się czułam. Założyłam sobie na początku, że spróbuję nowego odżywiania przez miesiąc, ale jak ten pierwszy miesiąc się skończył ja byłam już w innym świecie. Czułam się jakby ubyło mi 10 lat. Na wadze ubyło 5 kg. Wiedziałam już, że nie chcę wracać do tego co było. Można to porównać do sytuacji gdyby ktoś Wam kazał przenieść się do nieznanego egzotycznego kraju. Decyzja nie byłaby łatwa, bo to się wiąże z porzuceniem rodziny, przyjaciół, pracy i wszystkiego co znacie i uwielbiacie. A po przyjeździe w nowe miejsce okazuje się, że trafiliście do egzotycznego raju, gdzie ludzie są szczęśliwi, masz nowych przyjaciół, wszystko przychodzi ci łatwo i nie wyobrażasz sobie, żeby wracać. Z czasem okaże się, że w tym nowym świecie jest też trochę schodów do pokonania i czeka cię dużo wyzwań ale to i tak jest lepsze od tego co było.

Czy nie kusiło mnie, żeby spróbować spagetti, torcika?

Oczywiście, że tak. Kusiło mnie nie raz i kilka razy spróbowałam. Tłumaczyłam sobie, że przecież nie jestem uczulona i nie padnę od tego, że zjem pizzę czy pączka. Zawsze jednak kończyło się to nie najlepiej. Zresztą po miesiącu próbowałam po kolei wprowadzać różne składniki, żeby sprawdzić jak mój organizm zareaguje. Po nabiale miałam nudności i lekką biegunkę. Jak zaczęłam jeść gluten to tak ostrych objawów nie miałam ale z każdym dniem czułam, że znów wraca dawna apatia, zmęczenie. Przekonywałam się, że gluten to niestety nie dla mnie i szczerze mówiąc bez żalu się z nim rozstałam. Pamiętam dwie jeszcze sytuacje, które przesądziły o tym, że nie ciągnie mnie do potraw z pszenicy.

Wizyta w pizzerii.

Po kilku miesiącach od wyeliminowania glutenu z mojego pożywienia byłam na wycieczce z grupą osób. Zatrzymaliśmy się na obiad w pizzerni. Specjalnie nie miałam wyboru, ale były tam też dania z makaronem. Pomyślałam sobie " Co tam, raz mogę sobie pozwolić" i zamówiłam sobie moją ulubioną kiedyś lazanię. I co się stało? Nic. Szczerze mówiąc to byłam rozczarowana. Wcale jakoś specjalnie mi nie smakowała. Pomyślałam wtedy, że ja chyba byłam uzależniona od makaronu a teraz jestem już po odwyku. Teraz o wiele bardziej smakuje mi spagetii z cukini.

Torty, ciasta ciasteczka

Druga sytuacja wiązała się z odwiecznym chyba problemem wszystkich ludzi na diecie - imprezy rodzinne. To były jakieś święta czy imieniny mojej siostry, już nie pamiętam, ale wiem, że moja siostra upiekła przepyszny tort. Byłam już wtedy po roku od odstawienia glutenu. Pomyślałam sobie, że jak zjem raz to przecież nic mi się nie stanie. Szczerze mówiąc chyba nigdy nie jadłam tak dobrego tortu ale ciężko go odchorowałam. Nudności, bóle brzucha. Na drugi dzień całkowity spadek energii, wręcz depresja. Na co mi to było myślałam później. Dla paru kęsów tak potem się męczyć. Po tak długim nie jedzeniu glutenu organizm się zbuntował jak otrzymał trochę trucizny. Faktem jest, że w tym torcie był gluten, bita śmietana, jajka cukier, czyli wszystko co mi szkodzi? Teraz nikt mnie już nie namówi na zjedzenie czegoś z glutenem i nabiałem. Spokojnie mogę patrzeć jak ktoś się zajada ciasteczkami. Ciasto może stać na stole obok mnie i nic mnie nie rusza. Nie mam na nie ochoty. Można to porównać do sytuacji gdy osoba niepaląca widzi, że ktoś pali albo, że paczka papierosów leży na stole. Jak ja nie palę to co mnie obchodzą papierosy. Niech sobie leżą. To mnie nie dotyczy. Tak samo reaguję na ciasto i inne rzeczy, których nie jem. Oczywiście to nie znaczy, że nie jem w ogóle ciast.

Jest mnóstwo przepisów na ciasta bezglutenowe, bez nabiału i bez cukru. Na początku byłam zdziwiona, że jest tego tak dużo. Poczułam się jakbym odkryła zupełnie nowy świat do którego nie miałam dotąd dostępu. Piekę więc ciasta na święta i inne okazje. Robię desery, sprawiam sobie przyjemności. Dzięki zmianie odżywiania musiałam zrezygnować z wielu potraw, które jadłam do tej pory, ale odkryłam nowe przepisy, nowe smaki, które uwielbiam. Muszę przyznać, że to nowe jedzenie jest bardziej różnorodne, bardziej urozmaicone.

Nie bójcie się więc zmian.

To ciekawa przygoda. Rezygnujesz z czegoś, ale zdobywasz coś nowego, lepszego i przede wszystkim to ci nie szkodzi. Ta radykalna, jak mi się wydawało, zmiana odżywiania to był dopiero początek zmian. Przez te dwa i pół roku przeszłam długą drogę. Dużo się nauczyłam i jestem zadowolona, że dane mi było odkryć to wszystko. Gdy postanowiłam nie jeść glutenu napotkałam na problem: W których produktach jest gluten. Pieczywo i makarony, ciasta to było oczywiste, ale okazało się, że gluten jest dodawany do wielu produktów i musiałam zacząć czytać etykiety i wtedy dopiero się zaczęło.

Co oni dodają do tego jedzenia!!!! Włos się na głowie jeży. Jakich odkryć dokonałam?. Co mną wstrząsnęło? O tym w następnym już wpisie na blogu.


Brak komentarzy.
(*) Pola obowiązkowe

Newsletter

autor: Beata Kałużna
Liczba odwiedzin: 7534